plener fotograficzny teksty warsztatowiczów zdjęcia warsztatowiczów

nie ma jak lwów

Skomentuj
Zdjęcie wypalonego samochodu | Plener we Lwowie

fot. Dominik Szmek

Jedni Lwowa nienawidzą, inni są od niego uzależnieni i wracają niczym bumerangi australijskie. Obywatele warsztatowi zdecydowanie należą do tej drugiej grupy, Lviv to narkotyk… nie tylko dla ciała (czyt. pierogi z Kryjivki), ale też dla duszy… To tu czuć jedyną i niepowtarzalną atmosferę… No właśnie, ale czego??

Już słowa starej, dobrze znanej przyśpiewki mówią:

„Niech inni se jadą gdzie mogą gdzie chcą
do Wiednia Paryża Londynu
A ja się ze Lwowa nie ruszę za próg
ta mamciu ta skarz mnie Bóg”

Bo miasto to zatrzymane jakby w czasie, odrealnione, nawiedzone duchami przeszłości, które straszą już tylko na klatkach schodowych starych, zaniedbanych kamienic…przypominają nieśmiale i z odrobiną smutku, o dawnej świetności i potędze tego miasta, podkreślając jednocześnie jego upadek i upodlenie. A może to synonim kondycji człowieka, który w jednej chwili może upaść na dno, a po dawnych, tłustych latach, pozostanie tylko echo, ruina, która z beznadziejnością czeka na odrodzenie?

Szarość ulic, lutowy śnieg, przeszywające zimno, przemoczone buty, ludzie w śmiesznych futrzanych czapkach, obojętność na twarzach, liczydła sklepowe, stare tramwaje, opuszczone wesołe miasteczko z diabelskim młynem, którego nazwa jest jak najbardziej uzasadniona, zjeżdżalnia-słonik, która zamiast zapraszać dzieci do zabawy niepokoi, zdumiewa i wprawia nas w ponury nastrój. To wszystko widzieliśmy przez obiektywy naszych aparatów.

Ale z drugiej strony Lviv hipnotyzuje niesamowitą swojskością, gdzie jak nie tu można zjeść już wyżej wymienione domowe pierogi czy pół metra kiełbasy, siedząc w ukraińskiej podziemnej „kryjówce”, słuchając miejscowej muzyki przerywanej co jakiś czas okrzykiem: Слава Україні! Gdzie jak nie tu za kilka chrywienek człowiek się posili do syta po całym dniu wędrowania? i wreszcie gdzie jak nie tu spotka się z serdecznością ludzi i zostanie potraktowany jak brat zza granicy, mimo różnej, nie zawsze ciekawej historii…

Nie wiem czy akurat to wszystko sprawia, że plener lwowski stał się już coroczną tradycją i że przyciąga warsztatowiczów jak magnes, zaraża chorobą nieuleczalną, gdzie jedynym ukojeniem jest powrót do tego miejsca. Niewątpliwie dla każdego Lwów jest czymś innym i odwiedza go z różnych powodów.

No tak, ale miałam napisać jakieś krótkie sprawozdanie z poprzedniego lwowskiego pleneru. Ciężko jednak to popełnić, gdyż wspomnienia każdego są inne, jedyne co mogę napisać, to to, że plener ten był typowym warsztatowym, kto jeździ ten wie, że zawsze jest wyjątkowo i niepowtarzalnie.

Zdjęcia były??były. Sprzęt przetestowany, zwłaszcza obiektywy – tak jest!

Dziwne pseudofotograficzne aktywności warsztatowe też się pojawiły czyt. produkcja cieczy Newtona, filozoficzne rozważania na temat tego gdzie jest początek banana, złamany mop, hostelowa, surowa mama, łezka w oku pojawiająca się na samo wspomnienie starego, dobrego Kosmonauta aaa i oczywiście wyprawa do Żółkwi, z której zapamiętałam tylko nudnawego jegomościa z szabelką, wąsem niczym Piłsudski (a może nie miał wąsów, a tylko dałam się ponieść literackiej fantazji??) i sińcami pod oczami swemi.

Na koniec zostawiam Wam morał, bo morał musi być, a morał dzisiejszy jest taki:

„ Gdybym się kiedyś
Urodzić miał znów,
To tylko we Lwowie!
Bo szkoda gadania,
Bo co chcesz, to mów
Nie ma jak Lwów!”

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Podziel się tym wpisemShare on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *