dogeniuszanie plener fotograficzny warsztaty-fotograficzne.org

atget był fotografem francuskim

Skomentuj

Zacznijmy od cytatu: „Kupowaliśmy często od niego jakieś prace, bardziej by mu sprawić przyjemność, bo wzbudzał naszą litość” (Pierre Delarue-Nouvelliere).

Eugene Atget, fot: Bernice Abbott

Eugene Atget, fot: Bernice Abbott

Dość mocne te słowa, jak na raczej zapomnianego rysownika, pokazują niespecjalnie wysoką pozycję jaka miał Atget w światku paryskim. Dlaczego tak, było można się tylko domyślać. „Główne nurty marksizmu…” Leszka Kołakowskiego rozpoczyna zdanie: „Marks był filozofem niemieckim” parafrazuje on zresztą Jules Micheleta rozpoczynającego swe wykłady z historii brytyjskiej słowami: „Messieurs, Anglia jest wyspą… Więc mając dobrych poprzedników zacznijmy: „Atget był fotografem francuskim”.

To zobowiązuje, to narzuca pewien obowiązkowy „starokontynentalny” styl myślenia… Trochę napuszony, zawsze z drugim dnem, zawsze z kolejną teorią na kolejny temat… Atget zaś był fotografem który po prostu fotografował. Konsekwentnie, precyzyjnie, metodycznie, planowo.

W 1920 roku napisał: „Mogę powiedzieć, że posiadam cały stary Paryż„. Niewiele wiemy o jego życiu więc niewiele też wiemy jak się z nim borykał. Po trosze marynarz, po trosze aktor (ponoć kiepski), rysownik, malarz… W końcu wykonując na zamówienie „dokumenty dla artystów” mocno i na zawsze sam siebie określił, jako skromnego rzemieślnika – dokumentalisty. Stąd pewnie ta niewysoka pozycja w światku paryskim. Został doceniony, co wydaje się jasne, przez Amerykanów (to ich cholerne zamiłowanie do realizmu), a pozostał niezauważany przez Francuzów. Ci ostatni to nawet byli troszkę jakby zadziwieni i zniesmaczeni tym amerykańskim szuraniem i odkrywaniem Atgeta.

2. Eugene Atget, fot: Bernice Abbott

2. Eugene Atget, fot: Bernice Abbott

Plener paryski jako jemu poświęcony hommage. Niebezpieczeństwo polega na łatwości imitacji. Wydeptane oczywistości proponowane na prawo i lewo przez (zapewne bardzo dobrych) fotografów są jak bolący lekko ząb: nie można przecież próbować mierzyć upływu czasu wykonując kopie fotografii Atgeta (oczywiście tylko tych które się z powodu różnych kolei losu jakoś kopiować da) – internet jest pełen takich prób.

Wielka maestria adekwatnych obiektywów, apertur. Pewnie równie wielki trud poszukiwań miejsca i naiwnego postarzania wykonanych fotografii – muszą być czarno-białe. Atrakcyjne zestawianie oryginału i kopii nachalnie narzuca myśl: tak było, a tak jest, albo: o patrzcie: tak przemija świat. Sentymentalna melancholia. Podążając tą drogą, to (oprócz kopiowania kopistów) dowiedlibyśmy naszego niezbyt wysokiego mniemania o samych fotografiach Atgeta. Sprowadzilibyśmy je do płaskości dokumentu nieistniejącego już świata.

Jak więc działać? Sprawa jest niejasna. Istnieje bowiem pytanie na które przed jakimkolwiek działaniem muszę sobie odpowiedzieć. Ciągle nie wiem co mnie w atgetowych zdjęciach pociąga? Czy te oczywistości „to było”, czy (dzisiejsze) oczywistości surrealności pozornie normalnej przestrzeni? A może absolutnie nic mnie w nich nie pociąga, w ogóle ich nie lubię a tym co mnie bez reszty intryguje, fascynuje, pochłania u Atgeta to sam Atget a raczej fotografia B. Abbott: stary człowiek, nieprzystający do otaczającej go realności i – co gorsza – zdający sobie z tego sprawę.

Kwintesencja rezygnacji i zmęczenia. Dziwnym – na zdjęciach studyjnych niespotykanym – ruchem jakby sugerował nam, że stara się już stąd wyjść, że on już sobie chciałby pójść, że nic tu po nim, że on wie, że zawadza – tylko nie może, nie ma już siły.Dziwny samotny (ale skąd ja to wiem?) człowiek przed którym już nic nie ma. Nic mu nie pozostało i nic się w jego życiu już nie wydarzy. Człowiek ten który w gruncie rzeczy nie żyje.

Bez wątpienia wiem, że to właśnie to zdjęcie, a raczej ta sytuacja na mnie „wymusza” fascynacje fotografiami Atgeta, zaś do prostych dokumentów dodaje zupełnie inną realność. Zdjęcie np. ulicy Saint-Medard jest bardzo dobrze wykadrowane ma klimat, nastrój (zwłaszcza teraz, po latach), ale jeżeli popatrzymy na tę fotografię jednocześnie myśląc o tym najważniejszym – portrecie wykonanym przez Abbott: Atget parę dni przed śmiercią (teraz to wiemy), dopiero wtedy dzieło będzie kompletne. Nie mogę i nie chce oddzielić tych dwóch światów. Dualizm było – jest, autor – dzieło, podmiot – przedmiot scala się tutaj wyjątkowo trwale. A może nigdy nie było żadnego dualizmu?

Zadanie więc mamy trudne zaś sprawa dalej niejasna – choć w sumie normalna i dla człowieka serio podchodzącego do jakiegokolwiek medium twórczego, oczywista… Pozostaje nam tylko niepewność: uda się, czy też nie – wgryźć w przestrzeń, zrozumieć ją, polubić bądź kopnąć ale jakoś być bardzo blisko niej. Tak, byśmy przestali być turystami na tym świecie, w tym życiu.

Tak by ktoś oglądając nasze zdjęcia nie odrywał wykonanych przez nas obrazów na papierku od naszych myśli czy lęków, bo właśnie w nich a nie w takim czy innym zdjęciu „toczy się świat”.

Może „tak naprawdę” istnieją rzeczy za duże by mogły się zmieścić w codzienności więc tylko one zmieścić się próbują.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Podziel się tym wpisemShare on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone

Autor:

Fotograf, który studiował filozofię i inne duperele. W jego pracach jedną z głównych ról odgrywa architektura i zbite szyby. Nie gardzi również zardzewiałymi rynnami, ale i człowieka w kapeluszu uświadczysz tudzież. Jego fotografie prezentowane były, są i może będą m.in. Tu, Tam oraz Gdzie indziej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *